Anna Oberc: „Moją misją jest bawić”. Białostoczanka z „Na wspólnej”

Znana z ról w serialach Samo życie, Na wspólnej, Na dobre i na złe, a ostatnio z Singielki, pochodząca z Białegostoku aktorka filmowa i teatralna udziela nam wywiadu, raźno mknąc na rowerze ścieżką wzdłuż Wisły.

Obecnie mieszka Pani w Warszawie. Nie tęskni Pani czasem za Białymstokiem? Jakie wspomnienia wiążą się z tym miastem?

Mam bardzo miłe wspomnienia z Białegostoku. To miasto mnie uformowało, wykształciło, dało mi dobrą bazę do dalszego rozwoju. Miałam to szczęście, że uczyłam się w szkole muzycznej. To również bardzo mi pomogło w dostaniu się do szkoły teatralnej. W Białymstoku miałam autorytety, fajne towarzystwo. To miasto kameralne, co pozwala być bliżej wszystkiego.

Wszyscy pamiętają, co Bogusław Linda powiedział o Łodzi („miasto umarłe, miasto meneli”). A jaki właściwie jest Białystok? Czy to miasto ma swoją osobowość?

Białystok się świetnie reklamuje, ma takie hasło „Wschodzący Białystok”. Trudno to krótko ująć, ale Białystok jest radosny. To miasto, które się niesamowicie rozwija. Przyjeżdżam tam niezbyt często, ale zawsze nie mogę się nadziwić, jak to wszystko się zmienia; ile nowych budynków, ulic, knajpek. Jestem pełna podziwu. Bardzo przyjazne i przyjemne miasto, do tego ładne.

Czy trudniej trafić do aktorskiego świata z Podlasia niż z ośrodków wielkomiejskich?

Myślę, że wszystko zależy od konkretnej jednostki, bo tak naprawdę znam osoby z jeszcze mniejszych miejscowości, które bardzo wiele osiągnęły w aktorstwie. Więc to kwestia indywidualna. Niezależnie od tego, gdzie się człowiek urodzi, jeśli ma w sobie determinację, motywację i pragnienia, to stara się osiągnąć swoje cele i znajduje miejsca, w których może się rozwijać. Mi Białystok akurat bardzo pomógł, bo miałam wszystko pod ręką, starałam się wykorzystać możliwości i robiłam to naprawdę na sto procent. Bardzo rzadko bywałam w domu. Do matury mieszkałam w wieżowcu przy ulicy Fabrycznej, ale tak naprawdę prawie tam nie przebywałam. Wychodziłam z rana z domu i wracałam bardzo późno. Zawsze miałam mnóstwo zajęć: teatr, chór, taniec, harcerstwo, lekcje śpiewu, fortepian.

To chyba zawód dla osób, które lubią być w ruchu?

Zdecydowanie. Nie mogłabym usiedzieć w biurze, chyba by mnie rozniosło. Albo ja rozniosłabym biuro.

Co sprawiło, że postanowiła Pani zostać aktorką? To było olśnienie czy długi proces?

To było zupełne olśnienie. Co prawda, już wcześniej chodziłam na zajęcia baletowe. Występowałam w Teatrze Węgierki, grałam Małgosię w Jasiu i Małgosi. Nigdy tego nie zapomnę! Tańczyłam główną rolę, co było dość zabawne, bo byłam siedmio czy ośmioletnim dzieckiem. Zawsze mnie ciągnęło do różnego rodzaju popisów. Granie na fortepianie też wiąże się z występami, aczkolwiek tego akurat nie lubiłam. Natomiast w klasie maturalnej, koleżanka Aneta Teodorczuk-Perchuć, też aktorka białostocka, z którą chodziłam do liceum muzycznego, zapytała kiedyś: „Są takie zajęcia w teatrze, może pójdziesz?” Ja na to: „Dobra”. No i poszłam. Poszłam i przepadłam. Tak właśnie trafiłam do „Klapsa” i pani Antoniny Sokołowskiej. Postanowiłam zdawać do szkoły teatralnej, co było wielkim rozczarowaniem dla moich rodziców, ponieważ oni inwestowali w moją muzykalną stronę i w lekcje fortepianu. Jeździłam na prywatne lekcje do Warszawy, do pani profesor z Akademii Muzycznej, więc ta moja decyzja była dla nich wielkim szokiem.

Dostała się Pani na studia za pierwszym razem? Jakie ma Pani wspomnienia z egzaminu?

Udało mi się za pierwszym razem, ale do Krakowa. Warszawa mnie nie przyjęła, byłam pod kreską. Do Warszawy akurat wtedy dostały się białostoczanki Monika Dryl, Aneta i Dorota Rubin, choć ona chyba już zawodu nie uprawia. Mnie nie przyjęto i najpierw była czarna rozpacz, że nie Warszawa, ale w sumie zawsze ciągnęło mnie do Krakowa, wiec cieszę się, że ostatecznie tam trafiłam.

Czy był taki moment, że chciała Pani rzucić aktorstwo w diabły i zająć się czymś innym?

Oczywiście, choćby miesiąc temu! Co chwilę się coś takiego dzieje, bo nie oszukujmy się: to trudny zawód, chociaż nawet nie ze względu na samą scenę, to akurat kocham. W tym zawodzie konieczna jest duża wytrzymałość psychiczna, pozwalająca sobie poradzić z wciąż niestabilną sytuacją. Nigdy nie byłam na etacie, ale nawet etat nie daje prawdziwej stabilności. Zdarzają się miesiące, kiedy człowiek nie pracuje, nic nie robi, i zastanawia się, czy będzie miał z czego żyć, zapłacić rachunki. Tak wiec fajnie wpisywać w rubryce zawód aktor, ale przychodzą takie momenty, że tej pracy po prostu nie ma.

A zatem największym problemem jest aspekt finansowy?

Nie, po prostu człowiek czuje się niepotrzebny i łapie doła. To jest trudne. A do tego dochodzi hejt. Brałam udział w kampanii Hejt Stop. Jest na YouTube taki filmik z moim udziałem, to było dla mnie niezłe doświadczenie czytać a vista, co ludzie o mnie piszą. Oczywiście mam do tego dystans, wiem, że to jacyś frustraci, ale mimo wszystko to sprawia przykrość. Innym trudnym aspektem zawodu jest jeszcze ta konkurencyjność, jakieś zawodowe niesnaski i podkopywanie drugiego człowieka, dwulicowość. To oczywiście zdarza się w każdym środowisku, ale u nas z racji tego, że jesteśmy tak niewielkim gronem, to wszystko obraca się wokół niewielkiej grupy osób.

Którą z dotychczasowych swoich ról ceni Pani najwyżej? Która była najważniejsza?

Myślę, że postać Moniki z Singielki. To moja ostatnia znacząca rola. Rola komediowa, która zmieniła wiele w moim życiu, bo ludzie mnie rozpoznają, i to dużo milej niż po roli w Samym życiu, gdzie grałam osobę dosyć wredną, więc w efekcie wyzywano mnie na ulicy.

Czy w życiu codziennym odczuwa Pani „brzemię” popularności? Czy jest to brzemię słodkie czy jednak ra-
czej męczące? Z jakimi reakcjami spotyka się Pani ze strony publiczności?

Ja akurat się cieszę, jak ktoś chce sobie zrobić ze mną zdjęcie, uważam, że to miłe. Oczywiście zdarzają się ludzie chamscy, którzy podchodzą, gdy człowiek je obiad, coś mu tam kapie spomiędzy zębów i może nie jest to najlepszy moment na zdjęcie. Ale mi się to tak często nie zdarza, nie jestem aż tak popularna. Zresztą wyglądam na co dzień inaczej niż w pracy, nie chodzę przecież po ulicy w scenicznym makijażu i kostiumie. Więc ludzie rozpoznają mnie, ale jest w tym jakiś umiar. Poza tym w Warszawie tak wielu aktorów chodzi po ulicach, że nikogo to nie dziwi. Inaczej to wygląda, jak się jedzie ze spektaklem do mniejszych ośrodków i tam ludzie faktycznie czekają godzinami, żeby zrobić zdjęcie. Ja to bardzo doceniam, bo to dla takich ludzi się pracuje.

Czuje się Pani lepiej w rolach komediowych czy dramatycznych?

Zdecydowanie wolę występować w rolach komediowych. Uznałam, że moją misją w zawodzie jest bawić. Chcę, żeby był w tym, co robię jakiś pozytywny przekaz. Oczywiście role dramatyczne są niezwykle ciekawe, intrygujące, marzy mi się rola w filmie na maksa poważnym, ale bardzo lubię grać w komediach. To mój żywioł.

O jakiej roli Pani marzy? U jakiego reżysera chciałaby Pani zagrać?

Naprawdę wielu jest takich reżyserów! Ostatnio po obejrzeniu Zimnej wojny Pawła Pawlikowskiego zamarzyłam o takim filmie, o takiej szansie. W tym momencie on jest naszą najlepszą wizytówką na świecie, robi przepiękne filmy.

Na zakończenie, klasyczne pytanie: w jakiej roli zobaczymy Panią wkrótce?

Plany oczywiście są, ale o planach się nie mówi, żeby nie zapeszać. Mam taką zasadę, że nie chwalę się czymś, dopóki tego nie zrobię.

Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę, by bawiła Pani widzów jeszcze długo i do łez.

Rozmawiała:
Magdalena Olejnik

Dodaj komentarz