Recykling i upcykling w świecie mody. Rozmowa z projektantką, Martą Horovitz

Na modowym rynku jest Pani od kilku lat. W tak krótkim czasie zdążyła Pani wyrobić sobie świetną markę, ale też i zasiać wokół swoich projektów sporo kontrowersji. Oczywiście chodzi głównie o futra. Kim są Pani klienci, czym sugerują się wybierając Pani aranżacje stylistyczne? Nosząc naturalne futra nie obawiają się czegoś na kształt hejtu?

Moją pracownię odwiedzają klientki z całego świata, to prawda. Nasza współpraca jest często kwestią przypadku. Niektórzy ludzie po prostu wkładają więcej serca w to jak komponują swoją zimową garderobę. Unikają wtedy często ubrań ze świata fast fashion i wszystkich ciuchów z plastiku (np. 100% poliester). Szukają niszowych projektów, w tym ubrań z recyklingu. W ten sposób znajdują mnie. Od 5 lat projektuje futra z recyklingu. Projekty, które sprzedaje bazują one na używanych 20–30 letnich futrach. Są nadal tymi samymi futrami tylko „po metamorfozie”. Ani mi, ani moim klientom eko hejt nie przeszkadza. Uważam, że często jest on bardzo stronniczy, nieuzasadniony i niesprawiedliwy. Nie skupiam się na negatywnej propagandzie w social media. Mam ten luksus, że w zasadzie mnie ona nie dotyczy. Do swoich projektów używam tylko vintage futer, kożuchów i skór oraz ewentualnie ścinek i resztek, które uda mi się gdzieś pozyskać. To tak zwany „zero waste approach” i używanie w modzie tego co jest już w obiegu.

Oglądając Pani projekty wpadam w zachwyt. Jestem kobietą pragnącą piękna; szukającą piękna oraz wielbicielką futer i skór naturalnych. Szara, ołówkowa spódnica, krótkie butelkowo-zielone futerko czy długa kamizelka z lisów to zdecydowanie moje typy. Nie chce się wierzyć, że to rzeczy powstałe z recyklingu. Skąd wziął się pomysł i jakim cudem ze starych rzeczy powstają takie cuda?

Dziękuję. Futro naturalne, kożuch, skóry licowe czy zamszowe to materiały o ogromnej wytrzymałości. Jeżeli właściciele dbali o swoje ubrania i odpowiednio je traktowali, materiały te po wielu, wielu latach wciąż wyglądają jak nowe. Rozpruwam stare modele i używam tego vintage materiału do projektów, które opierają się na miksowaniu kilku różnych faktur. Nadaje im świeżości i modnej estetyki. Wystarczy wyobraźnia. Gdy wybieram vintage futra skupiam się na wyglądzie materiału, wytrzymałości skóry, elastyczności i ewentualnych zniszczeniach. Zazwyczaj od razu wiem co będę chciała z tego zrobić. Czasem jednak kupuje coś, bo po prostu jest to okazja i dopiero po czasie wykorzystuję do kolekcji. Osobiście kupuje bardzo wiele ubrań w second-handach. Jak wie się jak szukać to zawsze znajdzie się coś co jakościowo jest wielokrotnie lepsze niż ubrania w sieciówkach. Swetry ze stuprocentowej wełny, czasem bluzki i apaszki z jedwabiu, paski ze skóry węża czy prawdziwe retro torebki z lat 70., to unikalne rzeczy. Tak, takie cuda można znaleźć w tanich sklepach z używaną odzieżą i z takich rzeczy później tworzę.

Recykling i upcykling to powszechnie promowane metody ochrony środowiska naturalnego. Czy środowiska ekologiczne w Polsce doceniają Pani zdecydowaną działalność proekologiczną?

Nie, zdecydowanie nie w Polsce. Szczerze powiedziawszy z polskimi środowiskami ekologicznymi nie mam raczej kontaktu. Są blogerki, stowarzyszenia i instytuty, które taki stosunek do mody, czyli 100% recykling, uważają za najbardziej „zielone” i ekologiczne podejście. Są to jednak najczęściej środowiska zagraniczne. Pisała o mnie eko-fashion blogerka Natalie z sustainably chic czy duński instytut mody. Wszyscy w samych superlatywach, chwaląc moją działalność. Moje projekty podobają się często nawet ludziom, którzy są veganami. Muszą to być jednak trzeźwo myślący ludzie, z realnym spojrzeniem na recykling i ekologię. Mający pojęcie o etyce, naturalnej relacji, zależności zwierząt i ludzi. Lubię zwierzęta, kocham psy, ale lubię tez od czasu do czasu zjeść mięso. Jedno nie wyklucza drugiego. Jedyny hejt, który otrzymuje to bzdurne komentarze w social media od ludzi zaślepionych chorą propagandą, aktywistów (animal activists), ale z nimi nie ma szans na dyskusję. Zresztą nie są oni dla mnie żadna wyrocznią. Zazwyczaj są pełni hipokryzji, a model, w którym żyją nie ma nic wspólnego z ekologią. Ludzie, którzy naprawdę dbają o planetę i starają się żyć ekologicznie, nawet jeśli sami nie są wielbicielami futer czy kożuchów, często komplementują mój pomysł i uszanowanie ponownego wykorzystania tychże szlachetnych materiałów.

Na podstawie doświadczenia, różnych kontaktów w Pani środowisku projektanckim, spostrzeżeń, co powiedziałaby Pani naszym liderom niektórych tzw. prozwierzęcych organizacji?

W obecnym świecie to kwestia wyboru miedzy zabijaniem zwierząt na futra i skóry, albo zabijaniem zwierząt w inny, nie bezpośredni sposób. Ludzie zapominają, że również zabijaniem jest zaśmiecanie świata plastikiem, ubraniami z poliestru, akrylu i poliamidu, które rozkładają się przez długie, długie lata. Zanieczyszczanie wód chemikaliami, które z tych ubrań się „wydostają” przy praniu czy produkcji, o tym się nie pamięta, nie mówi. Najbardziej ekologiczny jest właśnie albo recykling albo używanie naturalnych tkanin – bawełny (najlepiej organicznej), lnu, wełny, a dla tych, którzy lubią, także skóry i futra. Wszystko jednak ma swoją cenę. Nowe ubrania z dobrych materiałów to wiadomo inna półka cenowa i nie każdego na nie stać, dlatego polecam kupowanie rzeczy dobrej jakości z drugiej ręki lub z recyklingu. Wracając do kwestii moralnych. Nie dajmy się zwariować. Jest XXI wiek, a fermy, które hodują zwierzęta futerkowe czy te na skóry licowe, musza spełniać szereg wymogów i procedur. Europa to nie trzeci świat. Polska to nowoczesne państwo, oczywiście jak w każdym biznesie są ludzie którzy łamią zasady, ale znakomita większość firm przestrzega regulacji europejskich, które dbają o dobrobyt zwierząt.

Reprezentowała Pani Stowarzyszenie Futrzarzy Polskich na Fur Summer School Kastoria 2017. Przeglądałam program zeszłorocznej edycji. Zaskoczyła mnie ilość podejmowanych tam zagadnień etycznych. Były też zapewne „rozmowy kuluarowe”, jak nasze, polskie rozumienie ekologii wygląda na tle innych krajów?

Moje rozumienie ekologii jest mocno „zachodnie” i jest raczej standardem wśród młodych, kreatywnych ludzi. Większość projektantów, których tam spotkałam, wychodzi z tego samo założenia, że etyka zabijania zwierząt futerkowych jest w rzeczywistości najważniejsza. Chodzi o to, by mieć pewność, że sort, z jakich pochodzą skóry futerkowe to fermy, które dbają o sposób, w jaki żyją te zwierzęta zanim zostaną zabite; jak hodowcy się nimi zajmują, czy są zdrowe i najedzone. Są przecież organizacje takie jak Fur Europe czy International Fur Federation. To organizacje legislacyjne i skupiające się na dopilnowaniu aby fermy przestrzegały praw zwierząt. Żaden projektant nie chce robić ubrań, wiedząc ze futra czy skóry pochodzą z niekontrolowanej, nieetycznej hodowli. Nie tylko wpływa to na jakość skóry, ale też pozostaje po prostu niesmak. Inna sytuacja jest w przypadku hodowców, którzy dbają o norki, tak samo jak hodowcy owiec pielęgnują swoje owce, czy hodowcy koni troszczą się o swoje stado. Każdy kto je mięso, wie że rozsądny farmer dba o swoje świnie. To gwarantuje, że mięso będzie dużo zdrowsze i lepszej jakości. Wie też, że żeby je pozyskać farmer musi zabić zwierzę. To nie jest propaganda czy ściemnianie do mediów, że młodzi kreatywni ludzie dbają o etykę. Bardzo dbają. Jeśli chodzi o różne kultury, różne podejście do zwierząt jako stworzeń oczywistym jest, że w każdym kraju wygląda to inaczej. Chińczycy inaczej patrzą na zwierzęta niż Polacy, albo kultury śródziemnomorskie, które mają w tradycji jedzenie np. jagnięciny. Dla nich zabicie jagnięcia na mięso, a na skórę czy futro to dokładnie to samo. U nas sztucznie się to rozgranicza. Wszystko jednak powinno odbywać się etycznie i z przestrzeganiem praw zwierząt. W tym temacie wszyscy byliśmy zgodni tak na forum jak i w prywatnych rozmowach.

Dodaj komentarz